16-01-2012 | komentarze(0)
Kiedyś mówiło się, że media są czwartą władzą. Obecnie, jak widać, w obliczu kryzysu na takie miano zasługują chyba także agencje ratingowe.
Trzy najbardziej znane: Fitch, Standard&Poor i Moody's potrafią swoimi opiniami sprawić, że rządy państw i politycy nie mogą spać spokojnie.
Agencje te, których pełna nazwa brzmi „credit rating agency", zajmują się oceną wiarygodności kredytowej podmiotów, działających na rynkach finansowych. Czyli oceniają banki, firmy oraz państwa. Państwo bowiem, emitując obligacje, staje się dłużnikiem kupujących te papiery wartościowe. Siostra dodaje, że podobnie działają banki, do których składa się wniosek o kredyt: oceniają wiarygodność potencjalnego dłużnika, biorąc po uwagę jego wypłacalność, ilość środków własnych, dobrą historię kredytową (lub obecność „bana w BIK-u", o czym było wcześniej), itd. Oceny agencji ratingowych wyrażane są za pomocą liter. Najwyższa ocena, jaką można dostać, to AAA (czyli potrójne A), zaś najsłabsza – D, oznaczająca niewypłacalność.
Po co powstały wobec tego agencje, które jedną literą (lub znakami +, -) są w stanie wpłynąć na globalną ekonomię, gospodarkę i politykę? W opinii niektórych – w celu oceny ryzyka inwestycji, jako pomoc dla osób i firm, zajmujących się lokowaniem w inwestycje. Natomiast, jak wskazuje praktyka – opinia agencji ratingowej, może mieć katastrofalne skutki. Obniżenie ratingu powoduje, że pożyczkobiorca musi zaoferować wyższe odsetki za nowo emitowane obligacje.
A co, jeśli opinia była błędna? Tutaj zaczynają się schody. Nawet, jeżeli opinia agencji mija się z rzeczywistością – nie poniesie ona konsekwencji (prócz, ewentualnej utraty zaufania), gdyż wyraża OPINIE właśnie, a nie daje REKOMENDACJE. A za opinie się nie karze. Ciekawym zaś ratingowych ocen polecam sprawdzić, jaką „w dniu dzisiejszym" notę ma Polska. W dniu dzisiejszym, bo, jak pokazują wydarzenia na świecie – oceny te podlegają szybkim zmianom.
Tagi:
09-01-2012 | komentarze(0)
... Czyli nietrafionych prezentach.
I to już ostatni z tematów około świątecznych. Kto ciekaw, co to ludzie nie wymyślą, aby obdarować bliskich, może poczytać na forach w necie. Albo przypomnieć sobie historie własne i zasłyszane po rodzinie. W zamierzchłych czasach, gdy matka była dzieckiem jej siostra dostała pod choinkę auto na przewód i baterie. Radość wielka, auto odpakowane, postawione na dywanie, ciotka (wtedy jeszcze nie ciotka) guzik przyciska, samochód ani drgnie. Komentarz wtedy jeszcze nie ciotki:
- Ale te baterie to Mikołaj chyba na śmietniku znalazł...
Ale zupełnie poważnie - co zrobić z prezentem, który nie przypadnie nam do gustu? Czytałem, że niemal połowa takich rzeczy odkładana jest do szafy. Połowa z tej połowy krąży potem jako prezenty przechodnie. Gorzej, jak prezent wróci do ofiarodawcy. A tymczasem...
- Sprzedać można! Albo do sklepu oddać - ciuch nowy z paragonem na przykład. Albo jak przez internet kupiony - do 10 dni.
- Jasne, już widzę, jak wypytujesz wszystkich, czy mają paragon, albo kiedy Ci sweter w łosie w necie kupili...
- Można na aukcji wystawić. I po kłopocie. Albo "no to thingo"...
- Czyli?
- A serwis internetowy startuje, na początku w Wawie, potem w całej Polsce. Thing to go. Podajesz dalej. Zamieniasz. Czyli...
- Wspomnianemu sweterkowi z reniferem...
- ...Łosiem...
- Strzelasz fotkę, wrzucasz na stronę i informujesz, co chcesz w zamian. I zacytuję: "Jeśli się na coś zdecydujemy, przesuwamy zdjęcie naszego thingo, na obrazek drugiego thingo (zupełnie jak w applowskich gadżetach) i siup, wymiana gotowa. Zupełnie bezgotówkowo. Można też wymieniać usługi: ja ci zrobię sesję zdjęciową, ty mnie pouczysz hebrajskiego, ja ci się zaopiekuję psem, ty mi wypożyczysz na weekend swój domek na Mazurach".
- Super ta thingizacja. Od kiedy?
- Od stycznia!
Tagi:
30-12-2011 | komentarze(0)
- Jest ktoś w domu?! - Dramatyczne wołanie matki zdolne było przebić nawet wzmocnione drzwi. - Otwórzcie, rąk nie mam!!!
- O, takie cudo warto zobaczyć - siostra oderwała się od fejsa, na którym z zapałem wypisywała swoje odczucia względem Yael Naim. - Rany, mamo, po co tyle kupiłaś? Kto to zje? - Kapustą zające zamierzasz karmić?
- Kiszonej nie jedzą. Wzięłam paczkowaną, bo wiesz, tej z beczki nie cierpię - każdy paluchy wsadza i próbuje.
- A śliwki? - Zainteresował się ojciec - do kompotu aż tyle?
- Jak do kompotu, do piernika przecież.
- Przecież zamówiłaś, bo w tym oku ogłosiłaś koniec stania przy garach...
- Ale zmieniłam zdanie, żeby oszczędniej było! Wiesz, ile kilogram piernika kosztuje?
- Bombki? A to co? Lakier do włosów?
- Bombki. Dodawali.....zostaw! To nie lakier! To śnieg sztuczny! Dodawali to tego właśnie. Śniegu za oknem brak, więc...
- Chemią choineczkę "z lasu zielonego, z boru szumiącego"...
- Choinka też chemiczna, znaczy sztuczna będzie. Jeśli gdzieś jeszcze ją mamy w piwnicy...
- No, kurczę, program minimum widzę...
- Koleżanki podrzuciły w pracy sposoby na oszczędzanie. Trzeba zaciskać pasa. Do kredytu córki się dokładamy, a... ZOSTAW!!!
- Ale to popcorn, zamiast sianka pod obrus czy co?
- Nie! Na choinkę!
- Koleżanki w pracy jakąś grypą nie zarażają? Chyba masz gorączkę i... tego...
- Nie, koleżanki wraz z dziećmi, a niektóre nawet z wnukami, łańcuchy robią z popcornu na choinkę.
- Rany... Jeszcze jakieś pomysły? Może bombki wystarczą?
- Pomysły? Owszem - nie wysyłać kartek świątecznych. Maile są. E-kartki.
- Są, ale nie wszyscy mają internet.
- No dobra. Na zakupy - brać gotówkę, a nie kartę. Oraz listę.
- A, to rozsądne.
- Prezenty - nie szaleć. Jak już kupujemy - niech zapakują.
- Ryżyk szalał, bo kupić nie mógł...
- Targować się. Tam, gdzie się da.
- Ja nie umiem...
- No i w sumie tyle... Barszczyk!
- Wody dolewać?
- Nie, kupić zapomniałam...
Tagi:
28-12-2011 | komentarze(0)
- Chyba tylko komórek! - wściekły Ryżyk torował sobie drogę wśród gęstniejącego tłumu. - Co mnie napadło, żeby wybrać się na świąteczne zakupy w poniedziałek w południe! No sam popatrz! I w dodatku wciąż o kryzysie od ciebie słyszę!
Słyszę, a nie widzę!
Istotnie, centrum handlowe tętniło życiem. Pasażami przetaczały się tłumy. Ludzie zaglądali, wchodzili i wychodzili z coraz większą baterią opakowań oraz charakterystycznym błyskiem w oku. Błyskiem łowcy. Tylko Ryżyk nie błyszczał.
- Trzeba było zamówić prezenty przez internet - zaryzykowałem.
- Zwariowałeś? Rok temu zamówiłem matce...
- I jeszcze nie doszły?
- Doszły owszem, ale po Świętach. A zastrzegałem w zamówieniu. Nawet gwarancję szybkiego dostarczenia dawali. Zrezygnowałem, a oni i tak przez następny rok zaśmiecali mi skrzynkę ofertami.
- Albo wybrać się dużo wcześniej, a nie pięć minut przed Gwiazdką...
- Akurat. Sam mówiłeś, że już w listopadzie zaczynają się promocje świąteczne. To postanowiłem psychologicznie podejść. Wiesz, WSZYSCY rzucą się przed, ja PO. I nie w weekend, tylko w poniedziałek właśnie. I widzisz...
- Widzę.
- Ale też nie jesteś bez winy. Mówiłeś, że kryzys już jest. Europa drży przed ratingami. Że podwyżki. Ludzie powinni oszczędzać, a nie kupować!
- Wiesz, w obliczu kryzysu... - uchyliłem się, żeby nie dostać karniszem od firanek, zapewne w świąteczne wzory - po pierwsze, może być tak, że ludzie rzeczywiście oszczędzają. Albo i nie. Wydają, inwestują, zabezpieczają się na przyszłość. Albo...
- Chcą mimo wszystko mieć wypasione święta. Zastaw się a postaw, itd. Biorą pożyczki, przepuszczają wypłaty, byleby pod choinkę... Dobra jesteśmy. Ojcu... to... wiesz leć do kasy, zajmij kolejkę, dla matki... hmmm... czekaj, zapisałem na kartce... Ożeż ty...
- Co się stało?
- Portfel jest w kurtce, tej drugiej. Co została w domu...
Tagi:
22-12-2011 | komentarze(0)
Wpis ku przestrodze, zainspirowany wątkiem z internetowego forum.
Jeden z banków w ofercie ma pożyczkę na dowód. Czyli, standard: bez zaświadczeń, papierków, wyciągów z konta, PIT-u itd. Podchodzi się do okienka (z rzeczonym dowodem), wypełnia formularz umowy, pieniądze lądują na koncie po pozytywnym rozpatrzeniu. Bajka. Ale nie dla tych, którzy uwierzyli reklamom, że imię, nazwisko, telefon i podpis wystarczą, aby otrzymać pieniądze. Pani, przyjmująca wniosek potencjalnego klienta, zapytała o to, gdzie pracuje. Zaskoczony takim pytaniem (bo przecież miał wystarczyć dowód), człowiek, pracujący, co ważne, dorywczo, wymyślił i podał dane jakiejś firmy. Przyszedł nazajutrz po decyzję, ale pieniędzy nie otrzymał, natomiast został zatrzymany przez policję za próbę wyłudzenia. Komentarze internautów były mocno podzielone. Jedni bronili człowieka – bo nigdy nie był karany, kwota pożyczki – niewielka, a poza tym było powiedziane, że pożyczka jest na dowód, inni – słusznie zauważyli, że podpisując formularz musiał przeczytać, że podawanie nieprawdziwych danych i ich potwierdzanie jest karalne. Pracownica banku miała ponadto prawo sprawdzić – choćby telefonicznie – wiarygodność klienta, zwłaszcza, że nie miał on konta w banku, w którym chciał zaciągnąć pożyczkę. W każdym razie, warto pamiętać – nie ma co ściemniać, bo lepiej nie dostać pieniędzy, niż mieć później kłopoty z prawem.
Tagi:
19-12-2011 | komentarze(0)
W naszym bloku piętro wyżej mieszka młode małżeństwo – Magda i Tomek. Z rodzicami Magdy (nie ma lekko!), w dodatku niedawno urodziło im się dziecko. Głośne. Bardzo głośne. Dobra. Wyjące niemal bez przerwy.
-Rany... westchnęła moja matka. - Przywilejem starszego wieku jest to, że się zapomina. Między innymi o tym, jak wyście płakali... Nie pamiętam też, żebym miała ochotę was wystawić na balkon...
-„Płacz cudzych dzieci rani uszy, płacz własnych – serce" - filozoficznie odpowiedziała moja siostra. - A wiecie, rozmawiałam niedawno z Magdą. Szczęściem podczas chwili ciszy. Ona ledwo żyje. Nie dość, że po nocach prawie nie śpi...
-My też...
-Ale ona jest bliżej źródła dźwięku. W każdym razie, dziadkowie, a szczególnie babcia starają się im pomóc. Głównie pytaniami i radami. Ale jak po raz kolejny słyszy, czy przypadkiem nie ma za gęstego pokarmu...
-NIE PRZY KOLACJI!
-... który powoduje kolki, albo, czy na pewno dziecku w domu czapki nie trzeba zakładać po kąpieli... to zaczyna rozważać wyprowadzkę.
-Ciekawe dokąd.
-Tak samo mówi, bo: wynajem mieszkania jest rozwiązaniem na jakiś czas, ale mało kto chce wynajmować małżeństwu z dzieckiem. Albo ceny wysokie. To jej poradziłam, żeby może na swoje mieszkanie kredyt wzięli.
-A dadzą im?
-Babcia, czyli teściowa od razu powiedziała, że nie ma takiej opcji. Bo Magda jest na razie na macierzyńskim, pewnie potem pójdzie na wychowawczy, więc tylko mąż zostaje. A on pracuje na umowę o dzieło. A jej – teściowej znajoma, która kiedyś pracowała w banku, mówiła, że albo umowa o pracę i wtedy kredyt murowany, albo nici. Na szczęście, czytałam niedawno – i powiedziałam Magdzie, że teraz banki, idąc z duchem czasu – udzielają także kredytu na podstawie innych umów, niż tylko ta o pracę. Umowy o dzieło, umowy zlecenia nawet, czyli te, popularnie nazywane „śmieciowymi" – także są brane pod uwagę. Trzeba tylko sprawdzić oferty.
-Ciekawe, jak to wygląda w praktyce...
-W praktyce okaże się, że działa, kiedy pewnego dnia nad nami zapadnie błoga cisza...
Tagi:
16-12-2011 | komentarze(0)
Moja dziewczyna jest super. Pod warunkiem, że nie ma fazy nadwrażliwości na każde słowo. Czyli czepialstwa. Po 45 minutach czekania, aż się przygotuje do wyjścia, zacząłem się niecierpliwić.
-Skończ już nakładać te barwy wojenne, na kicz-party byliśmy dwa tygodnie temu...
-ZARAZ! Ampułkę za krótko trzymałam i podkład nie trzyma!!!
-Trzymałaś i teraz nie trzyma? No i?
-No i muszę rozmalować, zmyć i nałożyć! NIE POGANIAJ MNIE!
-Aha. A musisz w ogóle te dwa etapy po „rozmalować" robić?
-Co?
-Musisz się malować?
-Że za bardzo? Stąd ta uwaga do kicz party? Otóż, miły, ja się nie maluję – ja PODKREŚLAM atuty. A nie upiększam sztucznie.
-Hmmm. Co do tego ostatniego...
-NO co? Chcę dobrze wypaść przed tym twoim znajomym sąsiadem z którym...
-Który już pewnie nie może się doczekać...
-SAM widzisz! A jak się czepiasz, to mi się ręka trzęsie, oka nie mogę zrobić!
-Ale... - spróbowałem z innej strony... - po co Ci taki window dressing?
-CO?
-Window dressing – ciągnąłem najbardziej spokojnym tonem, na jaki mnie było stać, zważywszy niemal godzinny poślizg – to sztuczne windowanie kursów, na przykład, kiedy fundusz inwestycyjny przygotowuje nowy prospekt, żeby ładnie im stopy zwrotu się prezentowały, albo – w spółkach – poprawianie bilansu, legalnie, tyle że poprzez zmianę parametrów – tu zmienimy metodę wyceny, tam inaczej, niż dotychczas pokażemy instrumenty finansowe... Czyli taki make-up rzeczywistości. Tak mi się skojarzyło, w kontekście...
Drzwi do łazienki otworzyły się z trzaskiem.
-Skończyłam, idziemy?
-Owszem, ale... to wodoodporne jest?
-Nie, a dlaczego? Idziemy ze znajomym na jakiś melodramat? Nie sądzę.
-W zasadzie nie. Ale znajomy sąsiad ma sześć lat. Idziemy z nim na basen. Nie mó......wiłem? - dodałem, uchylając się przed lecącą w moją stronę szczotką do włosów.
Tagi:
13-12-2011 | komentarze(0)
Na wszystkim, jak się okazuje. Można na wróżbach – za jedyne xx złotych (plus VAT), otrzymasz dokładną analizę: wibracji losu, przyszłości, szczęśliwych liczb...
W wersji dla ludzi o mocnych nerwach – pozna się także datę odejścia z tego świata. Iloraz inteligencji także będzie podany – po rozwiązaniu testu, i opłaceniu odpowiedzi za pomocą sms-a. Można także zarabiać, jak się okazuje na kasztanach i żołędziach. Punkty, w których skupują te pierwsze, dostarczają je firmom farmaceutycznym, zaś żołędziobranie organizują nadleśnictwa.
-Biedne dzieci... westchnęła moja siostra. - Koniec z ludkami kasztanowymi, które robiliśmy w przedszkolu...
-Koniec także z przedszkolem, chyba w naszym przypadku.
-A w sumie – po co im te żołędzie? - spytał Ryżyk, odrywając się od lektury książki „Dlaczego piloci kamikadze zakładali hełmy, czyli ekonomia bez tajemnic". - Dziki karmią nimi w zimę?
-Nie, na sadzonki.
-To nie lepiej zostawić, gdzie leżą? Pomyślcie, taki dąbek...
-Albo dębczak. Trochę większy dąbek – dodałem, w ramach poszerzania horyzontów językowych Ryżyka.
-Wszystko jedno. W każdym razie nie wiem, nieludzkie to jakieś, na obcym gruncie, bez rodziców...
-Człowieku... - siostra przyjrzała się Ryżykowi z niepokojem. - Coś z tobą nie halo?
-Daj mu spokój – pospieszyłem z wyjaśnieniem. - Ma niegroźnego hopla. Odkąd pamiętam, prawie po każdej imprezie, zaczyna dyskusję na temat: „Co czuje kurczak, wykluty w inkubatorze"...
-Rany... A skoro już o inkubatorach mowa...
-Tobie też się udziela? Ryżyk, wyjdź...
-Nie, czytałam niedawno, że całkiem prężnie działają „Akademickie inkubatory przedsiębiorczości".
-Czyli?
-W największym skrócie – są to instytucje, które dają wsparcie...
-Ciepłe słowa na zachętę?
-Też, ale przede wszystkim służą selekcji, wspieraniu oraz promocji dobrych, innowacyjnych pomysłów biznesowych. Sporo dobrych idei nie miałoby szans na rozwój, czy to z powodów finansowych, czy braku zaplecza technicznego, czy po prostu dlatego – że nie dotarłyby do potencjalnych klientów. A inkubatory na to pozwalają, do momentu, póki te już „opierzone" pomysły, firmy, czy przedsięwzięcia – mogą samodzielnie funkcjonować na rynku.
-Hmmm... - zamyślił się Ryżyk. - Ciekawe. Muszę się bliżej przyjrzeć tym inkubatorom. Może mój projekt zapewnienia kurczakom rodzinnego chowu też miałby szansę na rozwój...
Tagi:
05-12-2011 | komentarze(0)
Niedawno pisałem o zachwytach matki nad nowym sposobem płatności za drobne zakupy, czyli o kartach zbliżeniowych.
Jak widzę jednak, chyba jej zapał trochę ostygł po tym, jak dowiedziała się, że większość banków raczej nie będzie wydawała specjalnych kart – wyłącznie zbliżeniowych, tylko, że opcja paypass dotyczy po prostu wszystkich nowych kart, wydawanych przez banki.
-Mówię ci, po prostu każda ma antenę i wystarczy pół sekundy obok czytnika, żeby zapłacić!
-Sama mówiłaś, jak będzie fajnie, koniec z monetami po kieszeniach...
-A jaką mam gwarancję, że jakiś złodziej po prostu nie skonstruuje sobie takiego czytnika, i kiedy będę jechała tramwajem, nie podlezie i nie zeskanuje mi karty? Podobno już są filmy, jak to działa.
-No, faktycznie. Kiedy ty ostatnio tramwajem jechałaś?
-Dla przykładu użyłam! Metrem, czy autobusem jeżdżę czasem!
-Wiesz, ale banki gwarantują, że te karty są bezpieczne. I powyżej 50 złotych i tak musisz PIN podać.
-Karty może i są bezpieczne. Ale moje dane mogą już nie być! A poza tym najbardziej denerwuje mnie, że coś muszę.
-Co musisz?
-Muszę mieć taką kartę, bez opcji wyboru! Bank daje i koniec. I nawet nie mogę zastrzec, że, powiedzmy dzienny limit płatności zbliżeniowych to 10 złotych!
-Ale chciałaś przecież.
-Chciałam, ale nie musiałam. A jak muszę...
-To już nie chcę?
-Dokładnie tak! Zresztą w ogóle zaczynam mieć dość kart. Dowód – karta, prawko – karta, miejska – też karta, lojalnościowe – karty, w pracy do bramki - karty! Zaczynam tęsknić do czasów, gdzie dokumenty były w formie książeczek, jak paszport. I stemple można było zbierać, ech...
Tagi:
29-11-2011 | komentarze(0)
Jak wiadomo: żołnierz ma dwie pary butów. Z czego jedna w magazynie. Natomiast odpowiedź na pytanie: ile pieniędzy ma student i z czego, już nie jest tak prosta.
Podstawowym źródłem dopływu gotówki są, najczęściej, jak już wspominałem, bo i mnie to dotyczy – rodzice. A jak czasem uda się coś zarobić – to świetnie. Ale, oczywiście można skorzystać z dodatkowych środków:
- Dowiedzieć się na uczelni, czy nie przysługuje stypendium socjalne, uzależnione od miesięcznego dochodu na osobę w rodzinie.
- Osobom niepełnosprawnym również należy się stypendium, którego wysokość zależy od stopnia niepełnosprawności.
- Uczelnie mogą także przyznać studentom, znajdującym się w trudnej sytuacji materialnej zapomogę. Tej udziela się na wniosek zainteresowanego. Do przyznania zapomogi potrzebne jest udokumentowanie trudnej sytuacji materialnej.
- Ci, którzy szczęśliwie przebrnęli przez pierwszy rok studiów i mają odpowiednio wysoką średnią – mogą liczyć na stypendium naukowe, przyznawane przez rektora. Na taki bonus może załapać się 10% studentów danego wydziału... HURRA!... Ale zaocznych i dziennych razem... BUUU.... Ci, którzy „mają w nogach”, czyli za ybitne osiągnięcia sportowe w kraju lub za granicą – też mogą otrzymać stypendium.
A jeśli komuś się poszczęści – może ubiegać się nawet o stypendium ministerialne. Podobna zasada jak przy rektorskim – przyznawane jest za wybitne osiągnięcia naukowe lub sportowe, a o tym, kto je otrzyma – decyduje konkurs (talentów dla studentów, można powiedzieć).
Warto mądrze wybrać – podobno. Niektóre kierunki studiów bardziej opłacają się od innych – i to dosłownie, a nie w przyszłości – gdyż, kształcąc się na kierunkach „strategicznych dla rozwoju polskiej gospodarki” (matematycznych, technicznych i przyrodniczych), można liczyć na stypendium z resortu nauki.
Stosunkowo nową formą „zdobycia środków na studiowanie” są stypendia samorządowe.
O kredytach studenckich już wspominałem. Ich zaletą z pewnością jest dostępność, to, że nie trzeba być wybitnym, wadą – jak w przypadku wszystkich kredytów – to, że trzeba je spłacić ;). Chyba, że jednak jest się wybitnym. Wówczas bank najzdolniejszym może umorzyć spłatę kredytu – w całości lub części.
Pracować i uczyć się – to idealne rozwiązanie, które – podobno – docenili także pracodawcy. Za studenta nie muszą przecież płacić składek ZUS i ubezpieczenia zdrowotnego.
Przejrzałem kilka razy tę notkę, opracowaną na podstawie wiedzy własnej i netu. Hm. Możliwości wiele. Ale – przynajmniej przez pierwszy rok – niech zostanie u mnie tak, jak jest do tej pory.
Tagi:
stypendium, gotówka